#TRAVELMAG: Kilka dni w LA z fotograf Olą Kowalską

Moją receptą na zgłębienie i doświadczenie prawdziwej atmosfery miejsca, które odwiedzam, jest stanie się na czas podróży częścią miejscowej społeczności. Uwielbiam przesiadywanie w małych knajpkach i kawiarniach, obserwowanie ludzi przychodzących po poranną kawę, by popracować przy laptopie lub na lunch ze znajomymi. Na równi stawiam spoglądanie na mapę i długie spacery bez konkretnego celu, podczas których wielokrotnie gubię się i docieram do miejsc, których próżno szukać w przewodnikach. Gdziekolwiek jestem, zawsze staram się odwiedzić galerie mniej znanych, miejscowych artystów. 

I właśnie dlatego, po ponad półtorarocznej przerwie wróciłam do Los Angeles, miasta, które ma tak wiele twarzy, jak i nazw – LA, Miasto Aniołów (Ciy of Angels), La La Land. Mój pierwszy wyjazd był czysto turystyczny i opierał się głównie na zwiedzaniu miejsc i atrakcji polecanych w przewodnikach i na blogach podróżniczych. Wtedy chciałam zobaczyć jak najwięcej. Tym razem miało być inaczej – bardziej niż odwiedzić charakterystyczne punkty tego miejsca, chciałam poczuć atmosferę i panujący tam klimat. 

Za pierwszym razem zakochałam się w piaszczystych plażach w Venice i Santa Monica, a także ludziach, którzy przemierzają na rowerach lub deskorolkach deptak ciągnący się wzdłuż oceanu, który łączy te dwa punkty na mapie. Do tych słonecznych miejsc tęskniłam najbardziej i to na nich postanowiłam się skupić. Nie zliczę ilości kilometrów, które przemierzyłam wzdłuż plaży w Venice z aparatem w ręku, obserwując spacerujących turystów i członków miejscowej społeczności. Chyba nie ma drugiego takiego miejsca na ziemi, gdzie jest takie zagęszczenie “dziwaków” i różnej maści indywiduów na metr kwadratowy 🙂 Kolorowe stroje, wszechobecny luz, głośna muzyka, a wszystko to na tle wysokich palm z jednej strony i barwnych murali na budynkach z drugiej strony.

 









Wystarczy przejść niecały kilometr dalej w głąb lądu, by dotrzeć do Abbot Kinney Blvd i znaleźć się w zupełnie innym świecie – popularnych, hipsterskich butików i knajpek, których z roku na rok otwiera się coraz więcej. Nowością przy Abbot Kinney sprzed równo tygodnia jest filia nowojorskiej Cha Cha Matcha, do której tłumy lokalsów i turystów wybierają się po kubek matcha latte z zieloną palmą lub napisem I<3LA. Ludzie spotkani tutaj, to już nie barwni grajkowie uliczni i skejci, a bardziej miłośnicy sportowej nonszalancji lub stylowego boho.





 

Kolorowe murale można zobaczyć nie tylko w Venice. Wszystkie najbardziej popularne, znajdują się przy Melrose Ave, którą najlepiej przejść wzdłuż i wszerz. Po drodze gwarantowane jest natknięcie się na kolejkę do zdjęć pod namalowanymi anielskimi skrzydłami czy napisem Made in LA. Najlepszy punkt obserwacyjny? Carrera Cafe naprzeciwko różowej ściany butiku Paula Smitha. Stamtąd już całkiem niedaleko do najpiękniejszej ulicy z palmami, które znamy z pocztówek – wysokimi i chudymi, rosnącymi w równym rządku. W Kalifornii palm pod dostatkiem, ale te najpiękniejsze znajdują się ulicę za znakiem Beverly Hills. Konkurować z nimi mogą tylko te rosnące przy Hollywood Blvd, a raczej jego części bez tłumów fotografujących gwiazdy w chodniku, od strony Laurel Canyon Blvd.

 








 

Ola Kowalska/Go Follow




Jedna z najzdolniejszych, polskich fotografek młodego pokolenia, 
odpowiedzialna za kampanie takich marek jak Louie, Lana Nguyen Premium,
 KAS KRYST .

Please follow and like us:

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *